Powinnam przestać pisać na Facebooku, że post na blogu ukaże się w przyszłym tygodniu. Najczęściej nic z tych obietnic nie wychodzi, czasu na pisanie brakuje, a ja nie znoszę półśrodków. Dlatego każdy wpis musi być przemyślany, okraszony zdjęciami, starannie wynajduję nazwy kosmetyków, chcę mieć pewność, że to co napiszę, będzie przydatne dla wielu z Was. Ostatnio ogromnie zaskoczyła mnie fala komentarzy pod wpisem o ulubionych podkładach (a przecież to zaledwie część tego, co używam). Nic z tym moim pisaniem nie robię i tu trzeba oddać sprawiedliwość – piszę dwa, trzy razy do roku. Nie uważam się za blogerkę, ale od czasu do czasu mam chyba coś ważnego do przekazania.
Kontynuacja tego wpisu prędzej czy później musiała powstać. Rynek kosmetyczny obserwuję od ładnych paru lat, a ostatnio nasuwa mi się pewna myśl. Jest coraz lepszy dostęp do marek, które nie tak dawno można było nabyć tylko poza granicami naszego kraju. Bez wątpienia do tego stanu rzeczy przyczyniła się popularyzacja mediów społecznościowych.
Z recenzją palety cieni Tarte – Tartelette wstrzymywałam się długo. Wychodzę z założenia, że aby coś opisać i ocenić trzeba to najpierw dobrze poznać. Tak więc po naprawdę wielu miesiącach testowania, wykonywania makijaży, przewożenia palety z miejsca w miejsce zamieszczam moje odczucia odnośnie tego prawdziwego hitu zza Oceanu.
Pewnie nie tylko ja tak miałam gdy dowiedziałam się o współpracy ikony stylu z marką Urban Decay. Byłam bardzo ciekawa kolekcji, jaką zaprezentuje producent w kolaboracji z Gwen Stefani.