Powinnam przestać pisać na Facebooku, że post na blogu ukaże się w przyszłym tygodniu. Najczęściej nic z tych obietnic nie wychodzi, czasu na pisanie brakuje, a ja nie znoszę półśrodków. Dlatego każdy wpis musi być przemyślany, okraszony zdjęciami, starannie wynajduję nazwy kosmetyków, chcę mieć pewność, że to co napiszę, będzie przydatne dla wielu z Was. Ostatnio ogromnie zaskoczyła mnie fala komentarzy pod wpisem o ulubionych podkładach (a przecież to zaledwie część tego, co używam). Nic z tym moim pisaniem nie robię i tu trzeba oddać sprawiedliwość – piszę dwa, trzy razy do roku. Nie uważam się za blogerkę, ale od czasu do czasu mam chyba coś ważnego do przekazania.


Kontynuacja tego wpisu prędzej czy później musiała powstać. Rynek kosmetyczny obserwuję od ładnych paru lat, a ostatnio nasuwa mi się pewna myśl. Jest coraz lepszy dostęp do marek, które nie tak dawno można było nabyć tylko poza granicami naszego kraju. Bez wątpienia do tego stanu rzeczy przyczyniła się popularyzacja mediów społecznościowych.